Boris Lvin (bbb) wrote,
Boris Lvin
bbb

Jerzy Pomianowski "Polska i Rosja"

http://www.rzeczpospolita.pl/dodatki/plus_minus_050813/plus_minus_a_1.html

POLSKA I ROSJA
Gra nad urwiskiem


Problem naszych stosunków z najbliższym Wschodem stanowił od 1989 roku kłopot największy, a zarazem stale odsuwany na skraj stołu obrad. W programach wszystkich partii politycznych brakowało planu ułożenia tych relacji. Zastępowały go pobożne życzenia - przyjaźni i pokoju.

Działania polskiej dyplomacji miały charakter doraźny i sprowadzały się z reguły do reakcji na inicjatywy cudze. Bierność była cechą tej polityki najbardziej znamienną. Zważmy, że działo się to w okresie wyjątkowo ważnych przemian w naszym kącie Europy. Doszło oto do takiej zmiany sytuacji geopolitycznej kraju, którą trzeba nam było utrwalić za wszelką cenę. Miało się natomiast wrażenie, że politycy polscy zaskoczeni są zmianami, do których sami się walnie przyczynili. Wrażenia tego nie mogły zmienić te dorywcze i wzajemnie sprzeczne działania, jakie przedsiębrali w kluczowych chwilach.

Opłacalna wielkoduszność

Kiedy 1 grudnia 1991 r. Ukraińcy ogromną większością opowiedzieli się w referendum za niepodległością i wystąpieniem ich kraju z ZSRR, polski minister spraw zagranicznych powitał ten akt,s deklarując gotowość nawiązania stosunków dyplomatycznych z Ukrainą. Tuż potem prezydent RP oznajmił, że Polska pozostaje wierna paktom zawartym ze Związkiem Sowieckim, uznając nienaruszalność jego granic i obszaru.

Podobny charakter (i te same powody) miały wahania kancelarii prezydenckiej w sierpniu 1991, podczas puczu Janajewa, jak też zwlekanie z uznaniem niepodległości Litwy. Nie były to proste gafy ani akty przemyślnej ostrożności, lecz dowody niepewności co do własnych celów, a także braku wyobraźni; toć jasne było, że Związek Sowiecki i jego ład mają dni policzone i że w interesie Polski na pewno nie jest przedłużanie mąk ich agonii. Nie warto byłoby wspominać dziś minionych błędów, gdyby nie dwa uderzające zjawiska.

Pierwszym jest niewątpliwa skuteczność polskiej polityki wobec Zachodu, polityki, prowadzonej w tym samym czasie i przez tych samych ludzi. Twórcy Trzeciej Rzeczypospolitej, od Wałęsy, Mazowieckiego, Balcerowicza, Bartoszewskiego, Geremka poczynając - mimo ogromnych przeciwności politycznych i gospodarczych, mimo obecności (zwróćmy na to szczególną uwagę) wojsk sowieckich na terenie kraju i za jego zachodnią granicą - zdołali w krótkim czasie zyskać solidarność i uznanie wszystkich państw Zachodu i organizacji międzynarodowych nie dla jakichś mglistych aspiracji, ale dla konkretów tak masywnych, jak nienaruszalność naszej granicy zachodniej, redukcja długu zagranicznego, perspektywa członkostwa w NATO. Do sukcesu przyczyniło się nie tylko poparcie wszystkich niemal polskich stronnictw i zachęta ze strony Zachodu, ale także istnienie powszechnie wyznawanej idei, zakładającej przynależność Polski do świata zachodniego i potrzebę związania się z jego instytucjami. Ideę zamienili w program i korzystali - jeszcze w PRL - z każdej okazji, aby głosić go, zarówno hierarchowie Kościoła, jak działacze polityczni z wyobraźnią, od konspiratorów wszystkich odcieni do pragmatyków, że przypomnimy tu tylko niestrudzonego Stanisława Stommę. Zaczęli z miejsca od sprawy najtrudniejszej, ale decydującej, iście kluczowej - pojednania z Niemcami; wielkoduszność opłaciła się obu stronom.

Minimalne pole manewru

Drugim z tych zjawisk jest rozpowszechnione przekonanie, że polityka wschodnia Polski również opierała się na przemyślanej koncepcji - i to od pierwszej chwili po ustrojowym przełomie.

Jak to stwierdza Andrzej Ananicz (w znakomitym studium o polityce Polski wobec Rosji w latach 1991 - 1996) sporo kwestii szczegółowych udało się nam na tym obszarze uregulować. Bywało tak zwykle w okolicznościach niepomyślnych dla tych kół politycznych w Rosji, które skrótowo nazwiemy stronnictwem sowieckim. Tak więc, po załamaniu się coup d'etat Janajewa zdołaliśmy dojść do porozumienia z rządem Jelcyna w sprawie wzajemnego uznania suwerennego prawa do swobodnego wyboru aliantów. Parę miesięcy wcześniej okazało się, że dywizje radzieckie, stojące pośrodku kontynentu i stacjonujące w Polsce, nadają się do militarnego skansenu. W rezultacie został gwałtownie przyspieszony ich powrót do ojczyzny i ewakuacja z Polski. Rozwiązano Układ Warszawski i Zjednoczone Dowództwo Sił Zbrojnych. W istocie - dopiero wtedy zdobyliśmy pełną suwerenność i swobodę decyzji politycznych. Skądinąd jednak, próby śpiesznego improwizowania własnej, godnej wolnego kraju formuły strategicznej, obliczonej nie tylko na przypadki - i to cudze - przyniosły raczej straty niż zyski.

Tymczasem zaś mieliśmy na podorędziu koncepcję znakomitą, gotową do zastosowania, dającą solidną nadzieję na zachowanie owej suwerenności i swobody decyzji nie na dwudziestoletnią chwilę, ale wreszcie na nową epokę. Była dziełem śmiałego namysłu Jerzego Giedroycia. Da się ona łatwo odczytać z pism Juliusza Mieroszewskiego, wiernego porte-parole Redaktora. Byli zdania, że szanse zdobycia i zachowania przez Polskę niezawisłości są znikome, jeżeli nie zmienią się dwa czynniki. Po pierwsze - zmienić się musi dotychczasowa sytuacja geopolityczna Polski - między dwoma potężniejszymi i zwartymi państwami, skazująca nas na bycie lennem jednego z nich albo łupem obu. Po drugie - musi ulec zmianie stosunek samych Polaków do ludów sąsiedzkich, do ich praw, do ich granic, do ich niezależności od państw ościennych - z Polską włącznie. To mają być nasi pierwsi sojusznicy, nie zaś zdobycz wojenna czy towar zamienny.

Warunkiem spełnienia się obu tych zmian mógł być tylko rozpad Związku Sowieckiego. Nie da się zmienić pozycji geopolitycznej Polski, przenosząc kraj na jakąś inną mapę; nadzieja polegała na takiej metamorfozie ustroju i politycznej konfiguracji obu ościennych państw, która chroniłaby Polskę przed zamachami na jej byt. Imperatywem polskiej polityki stawało się zatem utrwalenie spodziewanych przemian na Wschodzie, nade wszystko zaś - umacnianie niepodległości, bezpieczeństwa i pomyślności Ukrainy, Litwy i Białorusi, nawet kosztem preferencji, które sobie Rosja mogła warować w spadku po ZSRR. Rosja, jako państwo, nie zaś Rosjanie; Giedroyc żądał od nas tego rozróżnienia. Żadnej wasalskiej uległości - i żadnej rusofobii.

Powodzenie koncepcji wymagało więc zbiegu takich okoliczności, z których każda wydawała się nieprawdopodobna. Giedroyc postawił jednak wszystkie swoje nadzieje i rachuby na jedną kartę, twierdząc, że cała reszta talii jest dla Polski czarna. Nie zawiodła go ta karta, spełniły się wszystkie jego przewidywania. Zawiedli go za to nieomal wszyscy polscy partnerzy w tej grze.

Pytanie o punkt ciężkości

Koncepcja "Kultury" nie została pojęta ani podjęta przez żadną z polskich partii. Mija się z prawdą, kto twierdzi, że jej właśnie były wierne kolejne rządy Trzeciej Rzeczypospolitej. Przejęła się nią za to umysłowa czołówka społeczeństwa i opiniotwórcza funkcja inteligencji z czasem okazała swój wpływ. Na kijowski plac Polacy przyszli nie z musu i nie po to, aby żądać zwrotu Lwowa. Klasa polityczna natomiast trzymała się dwóch zasad, odzywających się czkawką po dziś dzień.

Pierwsza pochodziła z importu. Wyborcze hasło Clintona - "Gospodarka, frajerze!" - uznane zostało za panaceum na kłopoty, zwłaszcza w stosunkach z Rosją. Podobało się politykom chłopskim, liczącym na rynki rosyjskie. Liberalna prawica widziała w nim zachętę dla inwestycji i przeszczepu przedsiębiorstw. Lewica wierzyła, że nowe więzy handlowe przyniosą największe zyski jej zaprawionej kadrze. Tymczasem rząd ZSRR już w 1990 r. wypowiedział umowę barterową, żądając twardej waluty za każdą transakcję. Import z Polski skurczył się; zachodnie towary lepszej jakości zapełniły rosyjskie składy. 45 miliardów dolarów gotówkowej pomocy wydano, rzecz prosta, na import od darczyńców, reszta zasiliła szwajcarskie konta pośredników i decydentów, coś nie coś trafiło na stoły prostych obywateli. Zbiory jednak wzrosły, choć dopiero w roku 2002 prawo do pogardzanego "kupczenia ziemią" dało Rosji dostatek ziarna i chleba. W rezultacie obrót z Rosją wkrótce już kosztował Polskę kilka miliardów dolarów deficytu rocznie - bo przecież strategiczne surowce trzeba było importować; w 1993 roku wicepremier, chadek Goryszewski podpisał z Gazpromem kagańcowy kontrakt jamalski, a po paru latach kontrasygnował go Marek Pol, minister z lewicy. Polska wróciła do stanu zupełnej niemal zależności od obcego mocarstwa, tym razem bez wojny i zaboru: broń palną zastąpił gaz palny. Tylko gdański Naftoport z Rafinerią zapewniały jeszcze możliwość zróżnicowania źródeł dostaw.

Tak oto uznanie hasła "Gospodarka, frajerze!" za uniwersalny środek, a pieniężnego zysku za jedyny cel polityki, doprowadziło do wystawienia na przetarg bagatelki, znanej jako interes narodowy. Czym jest ów interes i gdzie się zaczyna, nie określił żaden rząd. Gołym okiem widać w tym punkcie nie tylko źródło korupcji, ale nade wszystko - największe z niebezpieczeństw politycznych. Alarm, jaki podnieśliśmy wtedy w paryskiej "Kulturze" (p. nr 1-2,1997, "Dwie Rosje") nie był głosem wołającego na puszczy. Mimo to dziś Roman Giertych ośmiela się grać rolę pierwszego i wyłącznego obrońcy polskiej suwerenności przed Rosją - podczas gdy jego posłowie w Strasburgu głosują tak, jakby antyukraińskie instrukcje dostawali wprost z Kremla.

Wybory parlamentarne w 1993 roku dały władzę lewicowej koalicji, co miało ten skutek, że szefom tzw. prezydenckich resortów (obrona, sprawy wewnętrzne i MSZ) trudno było o zgodę z premierem i resztą gabinetu. Resort spraw zagranicznych naraził się na krytykę za "wyraźną dominację celów politycznych nad interesem gospodarczym". Rozumne propozycje Władysława Bartoszewskiego i konstruktywne wnioski Andrzeja Olechowskiego (plan "Wokulski" i 13 innych projektów współpracy z Rosją) pozostały na papierze nie tylko dlatego, że polityce zagranicznej Moskwy ton nadawał Jewgenij Primakow, który wprowadził na nowo pojęcie stref wpływów do języka dyplomacji.

Polityka dwutorowo dwulicowo

Druga zasada pochodziła z remanentu. Mawiało się z nawyku - "Po co drażnić niedźwiedzia?", ale najjaśniej ujął rzecz profesor Stomma: "We wszystkich spornych sprawach Europy Wschodniej powinniśmy być naprawdę neutralni. Nie można dopuścić, aby uprawdopodobnione zostały wszelkie antyrosyjskie, separatystyczne tendencje, jakie się w Europie Wschodniej pojawiają...". Miało to sens, gdy za cenę takich deklaracji w niemym Sejmie PRL koło "Znak" mogło markować istnienie w kraju pragmatycznej opozycji. Ale ten cytat pochodzi z marca 1994, kiedy nie było w Polsce sowieckich wojsk, zniknęła RWPG, sam ZSRR już się rozpadł, a pierwsza odpadła od niego Ukraina. Skądinąd owa przestroga zasadzała się na przekonaniu, że Polsce nic do tego, co dzieje się z głazem, który ją miażdżył - czy rozłupał się, czy też znowu ktoś go spaja. Podobną podstawę miała doktryna minimalizmu, ukuta nieco później. Zakładała, że Polsce brak sił i środków, aby wtrącać się do spraw najbliższego Wschodu i wchodzić Moskwie w szkodę na Ukrainie. Dziś trudno znaleźć jej autorów.

Grzegorz Kostrzewa-Zorbas utrzymuje z kolei, że już w roku 1989 MSZ wypracowało niezawodną metodę dwutorowości w stosunkach z Rosją i Ukrainą. Oba te kraje widziały w owej taktyce raczej przejaw dwulicowości, dla nas zaś jest ona tylko dowodem niezdolności do wyboru politycznych priorytetów. Znawca przedmiotu, Bohdan Osadczuk, wykazuje, że ta polska taktyka z punktu zraziła prezydenta Krawczuka, ojca ukraińskiej niezawisłości i utrudniła tak procesy naszej współpracy, jak poszukiwania przez Ukrainę innego oparcia poza Rosją. Praktyka potwierdziła diagnozę Osadczuka. Premier Suchocka wkrótce minęła się w Kijowie zarówno z prezydentem, jak premierem Ukrainy. Podobnie wyglądała kijowska wizyta Olechowskiego, ministra spraw zagranicznych w rządzie Pawlaka. Polskie inwestycje na Ukrainie nie przekraczały w tym czasie sumki 50 milionów dolarów. Skądinąd zaś, to na Ukrainie trzeba szukać klucza do całej kwestii wschodniej.

Zamiast kontynuować ten przegląd błędnych rachub, starczy przypomnieć, że i Kissinger, i Brzeziński zgodnie uznali sojusz z niepodległą Ukrainą za nie mniej ważny dla Polski od członkostwa w NATO. Ale polscy politycy, od lewa do prawa, stawiali stosunki z Rosją na pierwszym miejscu listy wschodnich priorytetów. Był w tym rezon, póki jeszcze jałtańskiego podziału kontynentu strzegły cudze wojska. Później - powinniśmy byli zrozumieć, że nie wolno nam płacić za owe dobre stosunki rezygnacją z troski o suwerenność Ukrainy.

Rozłamane imperium

Ukraina była tą kością niezgody, o której posiadanie najwięcej krwi przelały w ciągu wieków Rzeczpospolita i carat rosyjski. To chęć dominacji nad Ukrainą najgłębiej dzieliła te państwa i wszystkie te trzy narody. Niepodległość Ukrainy unieważnia sam przedmiot sporu; logika i polityka wydają się tu być w zgodzie. Co więcej - kto boi się recydywy imperialnej febry w Rosji, może się uspokoić. Bez Ukrainy nie ma imperium, znika przynajmniej możliwość ekspansji terytorialnej, a skłonność do niej odróżnia imperia od innych organizmów państwowych. Wśród wskazań Juliusza Mieroszewskiego jedno z ważniejszych brzmi bardzo prosto: Rosja przestanie być państwem imperialistycznym, gdy straci imperium.

Otóż straciła je właśnie, Polska zaś przestała być orzechem w żarnach; niemiecki kamień młyński nie obraca się już przeciw Polsce, kamień zaś sowiecki rozłamał się na części naturalne. Wydaje się, że starania o utrwalenie tego stanu rzeczy powinny stać się pierwszą troską, nadrzędnym zadaniem każdego rządu polskiego.

Wcześniej niż politycy polscy, zrozumieli to rosyjscy. Ale pojęli rzecz opacznie i anachronicznie, widząc w rozpadzie Związku Sowieckiego największą katastrofę geopolityczną XX wieku, podczas gdy wszystkie, ale to wszystkie imperia świata wyrzekły się swoich dominiów, swoich kolonii i nieswoich ziem zdobycznych z ulgą i korzyścią, bo rzecz okazała się nieopłacalna dobre pół wieku temu.

W istocie - również Rosja już wiedziała, że wiele korzystniejszy od konkwisty cudzych krajów może być handel z nimi, zwłaszcza sprzedawanie im nośników energii. Aleksander Sołżenicyn twierdził, że imperium było kulą u nogi Rosji. Ale, w przeciwieństwie do innych mocarstw, wyciągnęła z tego wnioski połowiczne i archaiczne - nie zadowalając się zyskami z dostaw, lecz dążąc dalej do politycznej dominacji nad klientami. To prawda, że nie chce i nie może używać w tym celu siły zbrojnej; musi mieć w danym kraju swoich ludzi. Bez ich pomocy byłaby bezradna; to jest jednak novum.

Ukraina była pierwszym terenem, na którym nastąpiło testowanie tej nowej metody dominowania. Przypomnijmy: jeżeli 1 grudnia 1991, za niepodległością Ukrainy głosowało w plebiscycie 92 proc. wyborców, to już jesienią 1994 za wejściem kraju do Wspólnoty Niepodległych Państw opowiedziało się 82 proc. głosujących. Po drodze zaszły bowiem znamienne fakty - w końcu 1992 roku Gazprom podniósł cenę gazu, zaś w marcu 1993 w ogóle przykręcił kurki o połowę. Ziąb wtargnął do szkół, szpitali i mieszkań, ale pamięć o tej sprawie na pewno pomogła tłumom, koczującym na kijowskim placu zimą 2004 roku, oprzeć się i mrozom, i moskiewskim naciskom.

Paradoksalny ten skutek strategii, którą dla wygody nazwiemy w skrócie polityką Gazpromu, powinien był dać do myślenia władzom nowej Rosji. Jak dotąd, nie widać tego. Obserwujemy kontynuację tej samej polityki, tyle że prowadzonej coraz twardszą ręką przez prezydenta FR, Putina. Z drugiej jednak strony, przekonaliśmy się, że zdał sobie sprawę z istoty problemu Aleksander Kwaśniewski, prezydent RP od grudnia 1995.

Utrata Polski - katastrofa

Swoje pełnomocnictwa w zakresie polityki, także zagranicznej, prezydent sam nieopatrznie ograniczył jeszcze jako przewodniczący komisji konstytucyjnej parlamentu - w oczywistej obawie przed arbitralnym i zarazem kapryśnym sprawowaniem władzy przez poprzednika. Lech Wałęsa miał na powtórny wybór znaczne szanse, ale zraził zbyt wielu dawnych towarzyszy walki, po drodze niwecząc to, co było tajemnicą sukcesu "Solidarności" - sojusz robotników z inteligencją, zjawisko bez precedensu.

Mimo konstytucyjnych ograniczeń, wpływ Kwaśniewskiego na politykę zagraniczną, zwłaszcza wschodnią, był znaczny i szybko wzrastał.

W trakcie jego prezydentury Polska stała się członkiem NATO i weszła do Unii Europejskiej. Rychło się okazało, że to nie wystarcza, aby spać spokojnie, i że znowu miał rację Giedroyc: nasza pozycja w świecie zachodnim zależeć będzie od naszego wpływu na sytuację na najbliższym Wschodzie.

Nowy prezydent zastał naszą politykę wschodnią w stanie bliskim impasu. Jak się rzekło, powszechnie sądzono, że jej pierwszym i głównym zagadnieniem są stosunki z Rosją. Jedni wierzyli w to z nawyku, inni dla interesu, ale większość ufała w możliwość porozumienia, bośmy są nareszcie równoprawni. Przy pertraktacjach okazywało się zaś, że nasi oficjalni rozmówcy widzą w Polsce - jak to nazwał Bartoszewski - ziemie utracone. Już pierwsze kontakty z Jelcynem, a tym bardziej późniejsze - z Putinem, wykazały, że doktryna strategiczna nowej Rosji nie ma oparcia w żadnej nowej idei, zakładającej przyjazne współżycie z niepodległymi sąsiadami, lecz postuluje przywrócenie Rosji mocarstwowej pozycji przez reintegrację sowieckich niegdyś republik i odbudowę stref wpływów.

Narzędzi dla osiągnięcia tego ostatniego celu szukano długo w lamusie dyplomacji i dezinformacji. Szykany są instrumentem używanym w braku argumentów. Polska poznała ich sporo. Minister Kozyriew ani razu nie złożył oficjalnej wizyty w naszym kraju. Fatalny, lecz w końcu miałki wypadek na warszawskim Dworcu Wschodnim (gdy policja obiła napadniętych Rosjan, nie zaś napastników, też zresztą rosyjskich) został w Moskwie rozdęty do wymiarów kuli z car-puszki. Wejście Polski do NATO minister Primakow określił jako katastrofę.

Stalowe narzędzie perswazji

W świadomości Rosjan istotnie zaszła wtedy zastanawiająca zmiana. Utrwalony już stereotyp Polski jako krnąbrnej ofiary, może i niewinnej, ale koniecznej dla dobra Rosji i całej Słowiańszczyzny, został z dużym staraniem zastąpiony zapomnianym obrazem Polski, jako odwiecznego rywala. Otóż Polska nie przyczyniła się do renowacji tego obrazu. Nie uszczknęła ani piędzi ziemi b. ZSRR w chwili jego nagłej implozji, nasze żądania ograniczały się do otwarcia Cieśniny Pilawskiej dla żeglugi międzynarodowej, zwrotu paru nieruchomości i powiedzenia całej prawdy o zbrodni katyńskiej. Naprawdę poważny punkt sporny miał się dopiero pojawić: wyskoczył z rury, ale trudno samych Rosjan o to winić.

Nasze opory przeszkodziły w gruncie tylko jednej inicjatywie: przebiciu przez polskie terytorium tzw. korytarza suwalskiego z Grodna do Kaliningradu. Rzecz uzgodniono już na poziomie lokalnym i dopiero weto najwyższej władzy udaremniło transakcję. Słowem, na rosyjsko-polski protokół rozbieżności wystarczała wtedy kartka papieru formatu A4. Mimo to Polskę obsadzono w roli dyżurnego wroga, a w prasie nacjonal-bolszewickiej zaroiło się od napaści.

Kwaśniewski starał się tej kampanii wytrącić z rąk blaszaną broń metodami z górnej półki. Pierwsza jego wizyta (w kwietniu 1996) u Jelcyna miała z natury rzeczy charakter oficjalny, ale jej naczelnym punktem był wykład na Uniwersytecie Moskiewskim, całkiem niekonwencjonalny, pełen literackich aluzji i nazwisk - od Brodskiego do Chodasiewicza i Okudżawy. Po kilku tygodniach pojechał do Niżnego Nowogrodu na spotkanie z Niemcowem, gubernatorem okręgu, ale przede wszystkim - liberałem, liderem reformatorów.

Tymczasem jednak znaleziono w Moskwie sposób perswazji poważniejszy od szykan i gróźb, bo rzeczowy i masywny. Była nim rura. Dostawy gazu i ropy stały się dla Rosji najważniejszym narzędziem w polityce zagranicznej.

26 maja 1997 r. przybył do Warszawy prezes Gazpromu Rem Wiachiriew i odtąd żadna rozmowa polsko-rosyjska na najwyższym szczeblu nie obeszła się bez udziału Wiachiriewa - aż do jego dymisji. O manierach prezesa Babel mógłby powtórzyć to, co napisał o starym Mendlu Krzyku - że nawet wśród tragarzy uchodził za grubianina. W Polsce zasłynął zwierzeniem, że jak mu się ktoś oprze, to potrafi go targać po szczękach.

Widocznie trafił u nas na jakiś opór, bo w sierpniu 1999 roku w świetnie poinformowanym i niezależnym tygodniku "Nowoje Wremia" pojawił się artykuł "Kwaśniewski rozczarował Kreml".

Prezydent odpowiedział przyjazdem do Katynia 17 września, w 60. rocznicę najazdu. Ale musiał już zdać sobie sprawę, że przypominanie czarnych dat nie zastąpi w politycznych rokowaniach z Rosją mocnej pozycji przetargowej. Okazało się, że Polsce jej brak.

Nasze wolne rządy nie zadbały zawczasu o solidarność krajów Europy Zachodniej w sprawie wręcz gardłowej. O renegocjacji umowy jamalskiej i całej kwestii naszej suwerenności energetycznej trzeba było mówić nie tylko z dostawcą, ale także z odbiorcami, do których gaz i ropa płynęły przez Polskę tranzytem. Mowa nie tylko o rządach lewicy.

Jeżeli dostawy z rosyjskich źródeł stanowią dzisiaj około 90 proc. ropy i jej pochodnych na naszym rynku, to mamy do czynienia z monopolem, a więc zjawiskiem sprzecznym z wymogami UE, gospodarki, polityki i zdrowego rozsądku. Dojść do tego mogło tylko dlatego, że nawet głosy tak znakomitych szefów MSZ, jak Bartoszewski i Geremek, mniej znaczyły w kwestii racji stanu od opinii resortów gospodarczych i potężnego lobby, które na tych opiniach zarabiało.

Skuteczność znaczy

9 października 1997 r. prezydent jedzie do Giedroycia, do Maisons-Laffitte. Nie sądzę, aby to było pierwsze jego zetknięcie z "Kulturą" i jej projektami. Mienią się dziś jej wychowankami nawet ci, którzy nie mieli w ręku żadnego z 637 numerów miesięcznika, ale fakty świadczą, że Kwaśniewski czytał pismo uważnie. Jest w każdym razie pierwszym z polskich praktycznych polityków, który pojął rolę Ukrainy jako najważniejszego z naszych możliwych sojuszników. Inna rzecz, że pomogły mu w tym zniechęcające doświadczenia z Rosją.

Porozumieniu z Ukrainą i Ukraińcami przeszkadzało bodaj więcej złych wspomnień i zaszłości, niż ich było między Polską a Rosją. Przyznajmy, że rachunek krzywd wcale nie jest tu dla Polaków łatwy. Nie bacząc na to, udały się rzeczy bez precedensu. Ukraińcy zyskali swobodę decydowania o własnym losie, uczynili to bez rozlewu krwi, dowiedzieli się, że mają u boku Polaków i że polskie pany wcale nie chcą panować nad nimi. Stali obok nich na mrozie Wałęsa, Kaczyńscy, Komorowski, Staniszewska. Okazali im dowodnie solidarność Kuroń, Wujec, Berdychowska, a zwłaszcza - tu nie może być dwóch zdań - Kwaśniewski. Doprowadził do umiędzynarodowienia konfliktu, ściągnął do Kijowa Javiera Solanę, a więc szefa dykasteru spraw międzynarodowych UE, wciągnął do współdziałania prezydenta Litwy Adamkusa. Odegrał decydującą rolę w rozstrzygającym momencie: zapobiegł masakrze na placu kijowskim, gdy wojsku i milicji rozdano już ostre naboje i czekano tylko na rozkaz zwierzchnika sił zbrojnych, prezydenta Kuczmy. Przydało się nie tylko to, co Polak powiedział mu wtedy, ale też podczas 34 poprzednich spotkań z obowiązkowym poklepywaniem po plecach.

Jeszcze wcale nie jest pewne, że sukces będzie trwały, ale już dzisiaj okazało się, że znaczenie Ukrainy osiągnęło masę krytyczną w polskiej polityce wschodniej. Powinno odtąd być jej priorytetem nie natrętne kołatanie do kremlowskich wrót, lecz czynienie wszystkiego, co możliwe, aby przemiany ukraińskie stały się nieodwracalne. Okazało się, że dla samej Rosji niepodległość Ukrainy może stać się zbawiennym znakiem drogowym, zakazującym skręcania na stary szlak, wiodący nad urwisko. Okazało się, że przez niepodległą Ukrainę biec może rurociąg z zakaspijską ropą, co zapewni nam wreszcie zróżnicowanie źródeł zaopatrzenia. Okazało się nadto, że skuteczność polskich działań może poprawić naszą pozycję przetargową w każdych rokowaniach.

Chwilowo działania Kremla ogniskują się właśnie na zapobieganiu tej możliwości. Z żalem widzimy, że mają charakter toporny. Mniejsza o dezinformację i obelgi w środkach przekazu. W odpowiedzi na przykry, lecz błahy incydent - napaść bandy warszawskich uliczników na trójkę latorośli rosyjskich dyplomatów - zabrał głos sam prezydent Rosji, po czym nastąpiły akty czynne: ciężkie pobicie kilku pracowników polskiej ambasady, w tym - jej sekretarza. Jeśli były to akty spontaniczne, to znaczy, że dyktatura prawa, głoszona przez Putina, została w sferze życzeń. Jeżeli spontaniczne nie są, to kwalifikują się jako prowokacje, mające na celu wywołanie podobnych, kompromitujących Polskę, reakcji z naszej strony. Zobaczymy, kto u nas prowokatorom pomoże.

Zdumiewająca samowola

Rozdrażnienie Kremla nie jest tylko następstwem kijowskiej porażki. Bierze się ze zmiany wektorów polskiej polityki wschodniej. Zaczęła ona wreszcie rymować się z koncepcją Giedroycia i Mieroszewskiego. Kwaśniewski odwiedził siedzibę "Kultury" w dniu, gdy Redaktor otrzymał honorowe obywatelstwo Litwy. Od solidnego sojuszu z tą republiką do znalezienia w Ukrainie sojusznika - a nie dominium! - droga jest długa, ale prosta. Kreml darował sobie bezsensowną dyskredytację osoby prezydenta na odchodnem i bije w sedno - w tę politykę.

Gleb Pawłowski, doradca Putina, powiedział (w wywiadzie zamieszczonym przez "Plus Minus" 30 kwietnia - 1 maja): "Będziemy traktować tych, którzy prowadzą podobną politykę, jako przeciwników". Wywiad nosi tytuł "Kwaśniewski nas obraził". Na czym w istocie polegała owa obraza? - Wasz prezydent próbował działać, nie konsultując się z Rosją - wyznał Pawłowski z rozbrajającą otwartością.

Czy tylko sprawa Ukrainy miała być przedmiotem takich konsultacji? Wolno w to wątpić. Kto widział w TV Putina z Kwaśniewskim po rozmowach w Moskwiewe wrześniu 2004 (gdy o Ukrainie jeszcze mowy nie było), musiał zauważyć, że rosyjski prezydent nie próbuje nawet ukrywać pretensji do gościa; ma taką minę, jakby nie dostał od Polaka czegoś, na czym mu właśnie zależało.

Nie sądzę, aby chodziło o kwiaty czy butelkę; judoka nie pije. Z dużym prawdopodobieństwem można przypuścić, że chodziło o coś, co na pierwszym miejscu pojawiało się dotąd we wszystkich takich rozmowach, jak wąż morski - o rurę. Ściślej - o Rafinerię Gdańską i Naftoport, czyli ostatni składnik polskiego gospodarstwa naftowego, którego Rosjanom brak do kompletu. Utrata tego gardła naszej gospodarki wyklucza jakąkolwiek dywersyfikację importu paliw.

Otóż jest faktem, że Naftoport i Rafineria nie zostały sprzedane, mimo nacisków, komeraży i masywnej akcji polskich fanów Łukoilu & Co. Skoro tak, to jedno z dwojga: albo Kwaśniewski miał na to wpływ, albo go nie miał. Jeśli miał, to użył go należycie. Jeśli nie miał - to cały pogrzeb na nic. Na nic cała krajowa kampania podejrzeń i oskarżeń, której ofiarą stał się nie tylko ten inteligentny i energiczny polityk, ale powaga urzędu głowy państwa.

Zrozumiałe w tych warunkach są rosyjskie pretensje i dąsy, a także nietakty i długie dreptanie przed każdą wizytą, jak to było nawet w rocznicę wyzwolenia obozu w Auschwitz. Reakcja polska na te afronty była właśnie taka, jakiej oczekiwali ich projektanci: hałaśliwa i niecelna. Niezależnie od orientacji politycznej tych głosów, brzmiały one jak chór zawiedzionych kochanków.

Właściwa i przykładna odpowiedź została jednak udzielona. 16 kwietnia tego roku, w katyńską rocznicę, prezydent RP w obecności całego rządu z premierem na czele wręczył najwyższe ordery kilkudziesięciu obywatelom Rosji, którzy ofiarnie i odważnie bronili prawdy i dobrego imienia swojej ojczyzny: zasłużyli się wykryciem dowodów zbrodni stalinowskich i miejsc tajnego pochówku ich polskich ofiar.

Zagrożenia

Kryzys w stosunkach polsko-rosyjskich nie jest zjawiskiem nowym. Trwać może dopóty, dopóki Rosja nie zaproponuje nam innego wyboru, niż między groźbą bojkotu a uległością. Uwidocznił się zaś z taką wyrazistością właśnie teraz z dwóch powodów, raczej dla Polski pocieszających.

Po pierwsze - nie powiodły się plany tego stronnictwa w Rosji, które można nazwać neoimperialnym. Nie udało się uzależnić gospodarki paliwowej Polski do tego stopnia, by mieć wpływ decydujący na kierunek naszych kroków politycznych. Jest rzeczą zrozumiałą, że wywołało to w Rosji sprzeciw i gniew sił, które za przyjaciół uznają tylko uległych wasali. Na szczęście, nie są to wszyscy Rosjanie i nie takie stanowisko zapewnić może Rosji dobrowolne i korzystne sojusze.

Po drugie - pojawił się na bliskim nam obszarze nowy, już samodzielny podmiot polityczny, Ukraina. Polska wykorzystała szczęśliwą okazję, aby okazać Ukraińcom bezinteresowną pomoc i zasypać wreszcie rów dzielący oba narody, rów, którym tyle krwi spłynęło. Jest rzeczą zrozumiałą, że wywołało to w Rosji opór i gniew tych sił, które uważają sowiecki, centralistyczny i niwelujący narody ustrój za ideał organizacji państwowej, a nawet - międzynarodowej. Nie zdają sobie widocznie sprawy, że perspektywa inwolucji władzy federalnej w tym kierunku i lęk przed utratą autonomicznych praw jest jednym z ważniejszych motywów ruchu odśrodkowego, który obserwujemy już w niektórych dawnych republikach sowieckich.

Jest faktem nieco mniej zrozumiałym gniew i opór - wobec fortunnej przemiany naszej ryzykownej sytuacji geopolitycznej - tych polityków, którzy nie chcą widzieć w Ukrainie pożądanego, niezbędnego nam sojusznika. Wolimy raczej traktować ich jako ofiary przesądów narodowych i zmurszałej ideologii, niż dopatrywać się w tych ludziach jurgieltników i świadomych szkodników. Ideologia owa to spadek po endecji, tej samej, która zniweczyła owoce zwycięstwa Piłsudskiego w 1920, woląc podzielić się z Rosją sowiecką ziemiami Ukraińców i Białorusinów, zamiast wesprzeć ich dążenia narodowe. Od "Myśli Polskiej" do lewicowego "Przeglądu" aż po "Niet" rozlewają się po szpaltach strumienie tego samego jadu.

Trzydziestu posłów głosowało przeciw uczczeniu pamięci Jerzego Giedroycia. Jeśli marzą o miejscu w nowym Sejmie, to my ich widzimy raczej w starym Sejmie Grodzieńskim. Jeżeli zaś politycy tego gatunku dorwą się do władzy, to można się obawiać serio, że ich polityka wschodnia polegać będzie na wywracaniu na nice wszystkiego, co jednak udało się Kwaśniewskiemu.

Dzieje głupoty w Polsce toczą się dalej.

JERZY POMIANOWSKI

Jerzy Pomianowski

Autor (ur. 1921) jest eseistą, teatrologiem, scenarzystą, prozaikiem, redaktorem haseł w Encyklopedii Britannica poświęconych literaturze polskiej. Tłumacz m.in. Lwa Tołstoja, Antoniego Czechowa, Izaaka Babla, Michaiła Bułhakowa, Warłama Szałamowa, Eugeniusza Szwarca oraz Aleksandra Sołżenicyna i Andrieja Sacharowa. Wiele przekładów opublikował pod pseudonimem Michał Kaniowski. Laureat prestiżowych nagród: ZAiKS, Polskiego PEN Clubu, miesięcznika "Literatura na Świecie", paryskiej "Kultury" - im. Juliusza Mieroszewskiego. Ostatnio wydał książki: "Biegun magnetyczny", "Ruski miesiąc z hakiem", "Na wschód od Zachodu. Jak być z Rosją". Założyciel i redaktor naczelny pisma "Nowaja Polsza".
Tags: МИД
Subscribe
  • Post a new comment

    Error

    default userpic

    Your reply will be screened

    Your IP address will be recorded 

    When you submit the form an invisible reCAPTCHA check will be performed.
    You must follow the Privacy Policy and Google Terms of use.
  • 0 comments